Piotr Szewc: “Pamięć i namiętność. Oglądając grafiki Leszka Rózgi.”

Mój pierwszy kontakt ze sztuką Leszka Rózgi miał miejsce w warszawskiej Galerii Grafiki i Plakatu. Było to 5 stycznia 2004 roku, w poniedziałek. Datę zapamiętałem dokładnie, bo… To będą moje osobiste uwagi o tym, jak widzę, jak odczuwam tego wspaniałego artystę. W Galerii pokazano mi wówczas prace kilku plastyków, m.in. Andrzeja Pietscha, Henryka Ożoga, Jacka Sroki, Krzysztofa Skórczewskiego (akurat odbywała się jego wystawa monograficzna), Janiny Kraupe Świderskiej. Każdy odmienny i wszyscy znakomici. Ale to nad obszerną teczką z grafikami Leszka Rózgi spędziłem chyba półtorej godziny. Nie mogłem oderwać od nich oczu, brałem do ręki – jakaż to przyjemność wziąć kartonik z akwafortą, przybliżać do oczu, doszukiwać się niuansów kreski i barwy, wpatrywać się w zapisaną ołówkiem sygnaturę artysty! – odkładałem, żeby ponownie za chwilę do raz już obejrzanych powrócić. Tego dnia miałem akurat pusty portfel, na zakup żadnej z grafik nie mogłem sobie pozwolić. Ale nie to było najważniejsze: najważniejsze było to, że odkryłem dla siebie Leszka Rózgę. Stojąc w południe nad rozłożoną teką z pracami Rózgi jeszcze nie wiedziałem, że najbliższa noc będzie bezsenna. Z jego powodu. Przeżyłem estetyczne olśnienie i odczułem bliskość. Coś się we mnie odmieniło: zobaczyłem to, czego bardzo potrzebowałem, a do czego nie potrafiłem wcześniej trafić. Zdawało mi się, że zasypiam, a tymczasem pod powiekami przesuwały się jedna za drugą akwaforty Rózgi. Nie śniłem, choć wizerunki mogły być jak ze snu.

Nazajutrz, we wtorek 6 stycznia, ponownie poszedłem do galerii na Hożą. Blisko, bo od Świętokrzyskiej, z pobliża mojej redakcji, to odległość tylko dwóch przystanków tramwajowych. Czułem, wiedziałem, że bez Rózgi nie mogę żyć. Był mi już w świecie bratnią duszą. Wahałem się, którą z prac wybrać. Nie była to już tylko kwestia finansowa. Zdecydowałem się na miniaturę Sierpień z 2001 roku. W rejestrze prac Leszka Rózgi podane są jej dokładne wymiary: 7,5 x 15 cm. Na pierwszym planie łąka albo pole, kilka krzewów i niskich drzew z zaokrąglonymi, jak balony, koronami. W oddali, na horyzoncie ściana drzew – najpewniej las. Szpiczaste wierzchołki jak zęby nierównej piły wrzynają się w bezchmurne niebo. Poranek, południe, wieczór? Nie wiadomo. Z akwaforty tchnie spokój późnego lata. Zdaje się, że jest bardzo ciepło i że w powietrzu unoszą się owady. Urodziłem się w końcowych dniach sierpnia: może także ten osobisty fakt zdecydował, że z galerii wyszedłem z miniaturą Sierpień. Także, bo Sierpień to przecież klasyczny, chciałoby się powiedzieć, Rózga. Kontemplator polskiego pejzażu: uważny, subtelny, “dokładny”, z mistrzowskim, perfekcyjnym warsztatem, filtrujący detale. Niby nic ten Sierpień: łąka lub pole, parę krzewów i drzew, las na horyzoncie. A przecież – jakże wiele. Po prostu świat. Taki, jaki jest, zobaczony w drobnym fragmencie. Zwyczajny, jedyny w swoim rodzaju, zachwycający. Innego nie ma i nie będzie.

Wolałbym nie mówić, że Rózga, nie przeoczając nawet przygodnych szczegółów, utrwala go jak fotograf. Bo przecież Rózga nie “fotografuje”, nie w tym rzecz. Każda jego kreska – wznoszący się nad ziemię badyl, gałąź, ptasie pióro, kwiaty, wydmy, nadmorskie skały – ujawnia artystę. Zapisuje świat tyleż wiernie, ile “po swojemu”, jest “rózgą”. Kilka przykładów: Jesienny gaik (1979), Listopad – osty (1983), Chaszcze (1988), Droga polna (1990), Krzewina (1999), Wądół (1999). Świat, jak powiedziałem, zwyczajny, nieomal w tej zwyczajności banalny, przedstawiony wiernie i z owym charakterystycznym naddatkiem, w którym odnajduję stosunek Rózgi do rzeczywistości. Artysta odnosi się do niej z szacunkiem: rzeczowo i po partnersku. Tak, po partnersku, bo ma jej coś swojego do ofiarowania. On ten pejzaż i te realia – samotną, rosochatą wierzbę, wierzbową drogę, wrony na nagich zimowych gałęziach, wyłaniające się z mgły osty, motyle z rozłożonymi na liściach skrzydłami, muchę, która jak żywa przysiadła na brzegu kartonu – zna jak mało kto. Wyławia w realności to, co tak łatwo – zbyt łatwo! – umyka uwadze i po czym wzrok prześlizguje się bezrefleksyjnie i beznamiętnie. Tymczasem owe obrazki z natury Rózgi wprost rozsadzają emocje. Czułość. Kontrolowana i opanowywana. Świadoma, że to, z czym obcujemy, ma “jednorazową”, nietrwałą istotę Bo zaraz przemija. Sytuacja prawie beznadziejna… prawie. Można ją na ten moment powstrzymać, zażegnać, przyłapać jak kochanków na miłosnym uczynku. No i Rózga to robi: przyłapuje, powstrzymuje.

Z przyczynku wyłania się nowy przyczynek, a w dopiero co otwartym nawiasie mości dla siebie miejsce nowy nawias. Zajrzyjmy za Leszkiem Rózgą na zgierskie i łódzkie podwórka. Biografia artysty podaje daty, jakie łączą go z obydwoma miastami: tu się urodził, tu się uczył, stąd w czerwcu 1940 roku na przymusowe roboty zabrała go do Niemiec wojna. Na tych podwórkach kwitł ubogi interes, tętniło życie, rozbrzmiewała żydowska mowa. A co Rózga zobaczył, gdy na wezwanie matki pod koniec 1946 roku wrócił do kraju? Podwórka straszyły nieobecnością tych, których wywieziono do obozów zagłady. Po bramach, sieniach, za oknami i murami bezgłośnie przystawały, jakby starając się ukryć, ludzkie cienie i duchy. Na ścianie kołysały się w słońcu liście namalowanej palmy i jak w klepsydrach przesypywał się pod nimi pustynny piasek. To materialny ślad żydowskiej wiary i obyczajów. Możemy go zobaczyć na Podwórku, miniaturowej akwaforcie z 2001 roku (przed oczami mam dwunasty egzemplarz z dwudziestu numerowanych). Nad drzwiami widnieje jeszcze wykaligrafowany hebrajskimi literami napis: szyld? Nie mam pojęcia. Albo miniaturowa akwaforta Podwórko II z 2002 roku (patrzę na egzemplarz dziewiąty z dwudziestu numerowanych). Inne podwórko, Rózga musiał się na nim pojawić w “naszych”, by tak się wyrazić, czasach. Na ścianie obok swastyki sąsiaduje gwiazda Dawida, przy roznegliżowanej damie całkiem trafny napis: ale dupa. Parę innych napisów wersalikami: komuch, Jezus, Jude, pany, Solidarność. Szyld nad drzwiami na parterze obwieszcza: Porno. I jeszcze jedno podwórko – Podwórko trefl (miniaturowa akwaforta, odbitka próbna z 2002 roku). I tu na ścianach wysmarowane napisy – wersalikami, żeby były widoczniejsze – te same, jakie można było zobaczyć na ścianach Podwórka II. A więc Jude, pany i Jezus. Nikogo na podwórku nie ma, może i my wycofajmy się, póki czas. Wypełzły skądś i wędrują (nie wiadomo, czy po bruku, czy po akwaforcie) dwa wielonogie owady, czerwony i brunatny.

Rózga swoje rarytasy graficzne odbija w limitowanych nakładach – w tym miejscu otwiera się kolejny nawias. Przykładem cykl Karuzele (nie są to tak liczne u Rózgi miniatury, ale grafiki tzw. średnioformatowe), zainicjowany w roku 1966 akwafortą Ekwilibrysta. W jednym z katalogów czytamy, że Ekwilibrystę Rózga wykonał w dwu odbitkach próbnych, sześciu odbitkach autorskich numerowanych cyframi rzymskimi, nakład zaś liczy pięćdziesiąt odbitek (w posiadaniu piszącego te słowa znalazł się egzemplarz dziewiąty z owych pięćdziesięciu). Ekwilibrysta to kuglarz czy szaleniec? Mężczyzna czy kobieta? Może “trochę” koń? Ale jak można być koniem tylko trochę? Na czym stoi: na ziemi czy na ludzkim tułowiu? Ile ma rąk? Pytam, ile ma rąk, bo nie jest pewne, że tylko dwie. Jedną opuszcza, rozczapierzając bezradnie palce, drugą z nałożoną lalką pacynką unosi. Rąk można doliczyć się co najmniej jeszcze kilka. Zwisają na sznurkach – ktoś, ale kto i gdzie, za te sznurki pociąga – i przypominają urwane ręce manekinów. Ekwilibrysta wysuwa z ust długi… nie, nie język, ale rękę. Ma rozczochrane włosy i rzadką, rozwianą brodę. Tym, którzy na niego patrzą, stara się pokazać coś niezwykłego – sztukę, którą opanował. Ekwilibrysta jest jej wcieleniem. Sam jest niezwyczajny: wiadomo, że ekwilibrysta to nie ktokolwiek. Nie listonosz, nie kasjer czy kierowca autobusu. Jednak sztuki, którą demonstruje, można się lękać. Patrzący wstrzymują oddech i mocniej zaczyna bić im serce. Podobnego ekwilibrystę – a może i iluzjonistę w jednej osobie – widzieli w cyrku lub, jeśli to odleglejsze czasy, na ulicy. To było dawno temu, a zostało… jak żywe. Trwa zapierające dech przedstawienie. W nawiązaniu do cyklu grafik Rózgi Karuzele, zwracając się do ich twórcy, napisałem w wierszu m.in.: “Wyznam panu że mnie śnią się podobnie dzikie rzeczy”. No właśnie: śnią mi się podobnie “dzikie” rzeczy. Czy jak iluzjonista wyciąga królika z kapelusza, Leszek Rózga ekwilibrystę wywiódł ze swojego snu? Nie wiem, bo nie zapytałem Rózgi o to. Ale wydaje mi się to całkiem prawdopodobne. Wyciągnął ze snu albo wywiódł z wyobraźni: jedna sfera nie tak przecież odległa od drugiej. Bywają utożsamiane, mniejsza o to, czy słusznie, czy nie.

Nierzadko zdarza się, że to, co miało dawny, prawie już zapomniany początek w realnym życiu, dopełnia się, zaskakująco konkretyzuje się we śnie lub w wyobraźni, tej wiernej słudze wszystkich artystów. Bo raz zaistniawszy, nie chce – zapewne przecież nie może – usunąć się ze świadomości. To nienazwane coś szuka szczelin, w których może przetrwać jak prymitywne stworzenie… Zdaje mi się, że opowiadam o przypadku owego ekwilibrysty, uwidocznionego na akwaforcie z roku 1966. Domyślam się, że najpierw podobnego mu Leszek Rózga zobaczył na ulicznym przedstawieniu. Tak mogło być. I ten ekwilibrysta w Rózdze zaczaił się i przetrwał, a potem niejako rozrósł się, udziwnił, odmienił – po to, ażeby… Właśnie. Objawił się po raz wtóry taki, jakiego i my możemy zobaczyć na akwareli. Prawdziwszy od pierwowzoru? Kto wie. Oto jeden ze sposobów przekraczania nieprzekraczalnego: odtwarzam drogę, jaką musiał pokonać Rózga z tym, co ofiarował mu świat. Owszem, to są z reguły ułamki, fragmenty, okruchy realnego świata. Malarz nosi je ze sobą, żyje z nimi na co dzień. I one nabrzmiewają w nim, by powrócić do świata w przetworzonej, naznaczonej artystyczną ingerencją postaci. Uwierają go, gryzą, dręczą, pobudzają. Szepczą: zrób coś z nami… Proszę popatrzeć na Niespełniony wieczór sycylijski (suchoryt, akwarela, 1999): oto w sycylijski pejzaż wpisuje się tajemnica namiętności, której temperatury możemy się tylko domyślić. Albo na Muzę kanionów (mam ją przed sobą w wersji miniaturowej akwaforty z roku 1995, egzemplarz pierwszy z pięćdziesięciu numerowanych): tu skaliste ściany kanionu w Ameryce Północnej przybrały surowe rysy indiańskich twarzy. Świat daleki, nie każdemu z nas znany bezpośrednio, ale jakże silnie naznaczony wizją i odczuciem tego, który nam go pokazuje. To już świat Leszka Rózgi. Albo, mówić prościej i chyba trafniej, sam Leszek Rózga. Jego wrażliwość i talent. W podziwie i w zadumie stajemy w ich cieniu. Od tej chwili nic już nie jest, jak było.

2005

Publikacja: “Kwartalnik Artystyczny” 2005, nr 3.

Comments are closed.